Zamieszczam wiersz, który stworzyłem wczoraj w nocy. Jest grafomański ale co tam.
Jak kruche i ulotne są chwilę szczęśliwe
Niczym liść jesienny opadają w dal
Unosząc się z wiatrem, nikt nie wie dokąd
Fruną beztrosko wśród powietrznych fal.
Rodzą się nagle, niczym pąki kwiatów
Swym pięknem zachwycając, łechcąc wyobraźnię
Rozkwitając pełne ciepła i nadzieji
Sprawiają że w duchu robi się raźniej.
I nagle odchodzą jak bańka mydlana
Co wzniosła się ku niebu, ku chmurom, ku słońcu
Tworząc swym pięknem chwilę radości
I tylko po to aby pęknąć w końcu.
Lecz mimo że chwile szczęśliwe będące
tak rzadkie, ulotne, nietrwałe i kruche
Zdarzają się jednak wśród bólu i smutku
Okrywając duszę przecudownym puchem.
Idziesz sam
prostą ulicą
zimowym wieczorem
ale nie ma śniegu
świecą gwiazdy i księżyc
w domach świecą się lampy
w oddali świecą kominy
mrugają czerwonym światłem
para leci z ust
robi się coraz zimniej
zakładasz kaptur
przyspieszasz kroku
chociaż nigdzie się nie śpieszysz
i idziesz bez celu
nie wiesz gdzie się zatrzymasz
nie wiesz co cię zatrzyma
nie wiesz dlaczego się zatrzymasz
nie chcesz się zatrzymać
a gwiazdy świecą cały czas
i księżyc świeci nad tobą
wysoko, jasnym światłem
chciałbyś się na nim znaleźć
spojrzeć z niego na ziemię
śmiać się z tych którzy tam tkwią
prawdopodobnie będąc jedynym człowiekiem
na księżycu
byłbyś mniej samotny niż
będąc na zaludnionej ziemi
znalazłeś swój cel
już wiesz gdzie się zatrzymasz.
Historia ta doprowadziła do straszliwego spustoszenia mojego postrzegania świadomości. Minęło już niemal 8 lat od momentu kiedy się zdarzyła, a raczej kiedy jakaś chora, demoniczna siła nawiedziła mój, już wtedy słaby umysł. Od tamtej pory nie potrafiłem sobie poradzić z własną świadomością, z moim postrzeganiem rzeczywistości. Teraz, czując wreszcie siły aby chwycić pióro, w tę ciemną listopadową noc postanowiłem spisać historię, która już nigdy nie da mi spokoju, nawet po śmierci....
Pewnego dnia, chodząc bez celu brudnymi ulicami swojego miasta zauważyłem dziwnego człowieka. Człowiek ów, ubrany cały na czarno, z naciągniętym na głowę obszernym kapturem wywoływał u mnie dziwny strach. Właściwie nie wyróżniałby się on z tłumu zwykłych przechodniów gdyby nie to, że od dobrej godziny miałem wrażenie jakby ktoś mnie śledził a człowiek ten wyraźnie mi sie przyglądał. Gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały doznałem dziwnego uczucia jakby swoim wzrokiem zaglądał w głąb mojej duszy, jakby czytał w moich myślach. Częsciowo speszony, częściowo przestraszony stałem bez ruchu, nie zauważając że ów dziwny jegomość już stoi nie kilka metrów odemnie a zaraz obok. Nie wiedziałem co zrobić, jak się zachować. Chyba to wyczuł, bo zbliżył się do mnie i wyszeptał na ucho jakieś przedziwne słowa, brzmiące niczym najstraszliwsze zaklęcie w jakimś pradawnym, zakazanym języku. Nie miałem pojęcia co się ze mną dzieje, w mojej głowie kotłowały się przeróżne myśli. Czego ten wariat odemnie chcę!? Co robić? Krzyczeć? Uciec? To co się stało chwile później nie było nawet do pomyślenia w moim, już wtedy chorym umyśle. Zemdlałem. Gdy otworzyłem oczy zdawało mi się że pędzę z zawrotną prędkością w przepaść, w głąb jakiejś skalnej szczeliny, ciemnej i strasznej niczym najgłębsze piekielne odchłanie, wywołujące strach od niepamiętnych lat wśród wszystkich ludzi. Nagle, zupełnie w mgnieniu oka, nie wiedzieć dlaczego i w jaki sposób poczułem że znalazłem się na samym dnie szczeliny. Ogarnęła mnie wszechobecna ciemność, nie miałem pojęcia gdzie się znajduje, straciłem rachubę czasu, nie widziałem niczego prócz nieprzeniknionych ciemności, ciemności która niemal mnie dusiła, powodowała straszliwe napady strachu, bezradności, która spustoszała mój umysł w zastraszającym tempie. Próbowałem kryczeć, ale z moich ust nie wydobywał się żaden dźwięk. Próbowałem wstać ale mdłości i zawirowania nie pozwoliły mi utrzymac się na nogach. Na czworaka, niemal pełząc jak robak bezradnie szukający schronienia przed pewną, straszliwą śmiercią posuwałem się do przodu nie zdając sobie sprawy w jakim podążać kierunku. Moją pierwszą myślą było to, że w końcu, przez te wszystkie lata zmagania się z moim mizantropicznym, chorym podejściem do życia i świata postradałem wszelkie zmysły, że w końcu nadszedł kres moich zmagań z rzeczywistością a świadomość, czy raczej wszechmocna siła która steruje umysłami wszystkich istot przeniosła mnie w inny, zupełnie nieznany zwykłemu śmiertelnikowi wymiar. Nagle, ku memu ogromnemu zaskoczeniu ciemność jakby bladła, dawała za wygraną. Zacząłem dostrzegac zarysy otoczenia, najpierw jakby przez mgłę, jednak z każdą chwilą coraz wyrażniejsze. Mogłem wstać. Chwiejąc się na nogach mogłem już dokładnie przyjrzeć się otoczeniu. Znajdowałem się w przedziwnej sali, która wyglądem przypominała pradawne labolatorium, siedzibę jakiegoś wielkiego alchemika który uciekając od blasku dnia wyruszył w głąb ziemi i znajdując odpowiednio dużą pieczarę poświęcił się odkrywaniu straszliwych, mrocznych zaklęć, tajników czarnej magii która od wieków paraliżowała zwykłych śmiertelników o umysłach nie skażonych złem, zgnilizną i bezradnością istnienia. Odzyskując róznowagę postanowiłem zebrać w sobie resztki rozsądku i trzeźwego myślenia i dokładnie zbadać moje beznadziejne położenie. Pomieszczenie w ktorym się znalazłem wcale nie było takie duże jak wyobrażałem sobie leżąc bezradnie wśród ciemności. Na zakurzonych półkach znajdowały się grubę, zniszczone przez upływające lata księgi, kryjące zapewne upiorne zaklęcia, tajniki czarnej magii i przepisy na straszliwe w działaniu mikstury. Na starym, drewnianym stole piętrzyły się stosy pożółkłych papierzysk zapisanych w jakimś prastarym, zapomnianym języku który samym wyglądem czcionki powodował ciarki na plecach. Do drewnianych, poktytych warstwą kurzu skrzynek składowanych pod jedną ze ścian bałem się zaglądać, nie wiedząc czego się w nich spodziewać. Moją uwagę zwróciło małe biurko umiejscowione w samym roku tej mrocznej komnaty. Znajdowała się na nim kartka, kałamarz z długim, czarnym piórem i świecznik. Moje ciało i umysł przeszył przerażający strach gdy zauważyłem że pismo na kartce jest świeże, mogło mieć zaledwie kilka godzin, atrament do złudzenia przypimina krew a sama kartka nie jest tak pożółkła jak inne. Zdałem sobie sprawę że komnata nie jest opuszczona, pomimo wszechobecnego bałaganu, pajęczyn i zapachu stęchlizny. Spanikowany zacząłem kurczowo szukać jakiegoś wyjścia z tego dziwnego miejsca, z tej upiornej sali pełnej panującego w niej tajemniczego zła, zapomnianego i wyklętego ze świata jaki znamy, a tak starego że pamiętającego najciemniejsze dzieje wszechświata. Nagle usłyszałem przerażające dźwięki dochodzące gdzieś zza grubych ścian. Dźwięki przypominające przeraźliwe wycie, wycie które mogło pochodzić tylko z najciemniejszych piekielnych odchłani, a należące do jakiejś przekętej duszy skazanej na wieczne potępienie. Dalsze wydarzenia sparaliżowały mnie tak mocno, że jak przez mgłę pamiętam sylwetkę alchemika który pojawił się dosłownie z powietrza a towarzyszyły temu przerażliwe odgłosy pochodzące już teraz zewsząd. Pamiętam jego ciemną jak smoła sylwetkę, czarne szaty i kapur zasłaniający całą twarz. Czułem przeraźliwy strach a jednocześnie nieodpartą ciekawość końca całej tej przedziwnej historii. Gdy zemdlałem, powalony przez jakąś dziwną, nienaturalną siłę zdawało mi się że szybuję nad jakimś przedziwnym światem, światem gdzie panuje wieczny mrok i jedynie świecący księżyc daje odrobinę światła. Wydziałem ogromne puszcze, moczary z których od czasu do czasu moich uszu dochodził niesamowity skowyt należący do jakichś dziwnych stworzeń które zamieszkiwały tę okolicę. Widziałem ich rysujące się gdzie niegdzie sylwetki przypominające jakiś pradawny szczep dzikich ludzi, na wpół żywych, na wpół umarłych. Ludzi odprawiających jakieś tajne, zakazane modły, wsnoszących błagania do bogów ciemności i mroku zamueszkujących wszechświat od niepamiętnych czasów, kiedy to wielcy przedwieczni władali całą materią, całym wszechświatem. Widziałem świat o jakim szary, przeciętny człowiek nawet nie ma pojęcia. Zamknąłem oczy...i gdy je otworzyłem leżałem na chodniku w miejscu gdzie zauważyłem dziwnego jegomościa. Grupka ludzi pochylających się nademną, widząc że dochodzę do siebie zaczęła się powoli rozchodzić. Gdy odzyskałem siły, podziękowałem jakiemuś starszemu panu za zainteresowanie moją osobą i upewniając go że czuje się już dobrze i dotrę do domu o własnych siłach udałem się w swoją stronę. Tak naprawdę nie czułem się dobrze. I już nigdy się tak nie poczuje. Mój koniec jest bliski, od jakiegoś czasu coraz częściej w snach widzę tę mroczną krainę. Obserwuje ją z lotu ptaka, wśród towarzyszących temu wszystkiemu odgłosów tak przerażających że niemal odbierających zmysły. Wiem, doskonale zdaję sobie sprawę że lada dzień, gdy zamknę oczy leżąc w łóżku stanie przedemną on- wielki alchemik, strzeżący tajemnic pradawnych bóstw i zabierze mnie do świata mroku, gdzie już nigdy nie zaznam spokoju...Teraz mam pewność że to jego spotkałem śród tłumu zwykłych przechodniów tamtego pamiętnego dnia...
Wstałem o piątej rano. I było ciemno
siedząc na kiblu usłyszałem stukanie deszczu o parapet
już wtedy wiedziałem że to będzie zjebany dzień
widok mojej gęby w lustrze mnie w tym utwierdził
a widok gęby pierwszego napotkanego przechodnia utwierdził mnie w tym jeszcze bardziej
kurwa mać.